sezon na klapki

Dziś temperatura podskoczyła do 33 stopni, przy czyn klimat był iście tropikalny – kilkukrotnie oberwało chmurę. Pierwszy raz w przerwie na lunch. Zdjęłam buty, bo i tak można było je wyrzymać, w błękitnej blusce bez rękawków, błękitnej indyjskiej spódnicy, rozwianymi ciemnoblond włosami, szłam boso przez Campus. Naród chiński patrzył osłupiały.
Na zajęcia popołudniu poszłam w krótkich spodenkach i moich błękitnych klapkach pod prysznic (są z biedronkami!). Przy tej pogodzie nawet noszenie kaloszy byłoby bez sensu – woda wlewała by się od góry. Z Koreankami radośnie pokazywałyśmy sobie która ma na sobie jakie klapki. To się nazywa sztuka przetrwania.
Według prognozy pogody ma padać całą majówkę :/

Po wczorajszej nocno-porannej rozmowie z Blue, a potem z Dominiką, mam ochotę pisać, Podzielić się z Wami moim życiem tutaj. Tylko dziś znowu wróciłam do akademika o 22, mocno skonana… Co prawda przyznam że przyjemne to skonanie.
Obiecuje że się poprawię, a narazie wracam do krzaczków, bo jutro rano mam pierwszy w tym semestrze test.

W strone tamy, czyli jak marnowac czas i nie czerpac z tego przyjemnosci

W Chinach w zeszlym tygodniu bylo swieto i poniedzialek-sroda nie mialam zajec. Postanowilam zerwac sie z zajec czwartkowo-piatkowych, bo i tak wtedy akurat sa te mniej ciekawe i troche popodrozowac. Najpierw mialam wielki dylemat moralny, bo moglam poprostu wybrac sie do Yangshuo na wspin, ale i juz tam bylam, i nie jest to jakos bardzo daleko, i nie byloby zadnych gor do pochodzenia czy czegos co bym jeszcze chciala zwiedzic. Zaplanowalam sobie bardziej rozwijajaca podroz, a wtedy okazalo sie ze Yeke gotowy jest nie jechac do Ynagshuo tylko wybrac sie gdzies ze mna. Broblemy byly 2: 1.trzeba bylo przeorganizowac plany; 2. Yeke pracuje w firmie ubespieczeniowej i w sobote wyslali go w delegacje oceniac straty spowodowane jakims pozarem (milionowe). W sobote rano go olsnilo ze w prowincji Henan jest jest piekne miejsce wpinaczkowe. Zobaczylam w necie zdjecia, piekne gory, spojrzalam na mape Chin, scalilam z pierwotnymi planami (gora gdzie zrodzilo sie Taichi, rezerat, Wiela Tama Trzech Przelomow)i zakrzyknelam JEDZIEMY!
spedzialam sobote robiac nic, bo nie bylo wiadomo kiedy mozemy wyruszyc. Nie zdazyl na pociag o 22, na ten o 01:30 nie m,ylo biletow, nawet strojacych, ruszylismy o 3. I wlasnie pod znakiem uciekajacych pociagow minal mi ten wyjazd. Dotarcie do wybranego przez Yeke miejsca zajelo nam kupe czasu, ale bylo warto! Wspinalam sie w skale, ktora byla… filoetowa! To byly udane 3 dni i napisze o nich jak wroce do akademika. Narazie siedze w kawiarence na dworcu i mam potrzebe powylewac smutki.
W rode w nocy Yeke wrocil do Hunanu, bo wzywala go praca, ja pojechalam na swieta gore Wudang Shan, gdzie narodziie Taichi. Gora rozlegla -najpierw busem wjedza sie 20km… Bus jest jak rollercoster zakrety, zakrety, zakrety. Widoki za oknem wynagradzaja. Na sam szczyt weszlam idac pod trasa kolejki linowej, wytaczajac swoja wlasna trase. Sporo satysfakcji i jeszcze wiecej podrapania. Na gorzy bylo zimno, wiec odpadalo nocowanie na dziko :( , inne noclegi drogie, wiec postanowilam zejsc, choc bardzo mi sie podobalo. Po zejsciu okazalo sie ze uciekl mi ostatni autobus do miasta, do tego meczyla mnie lekka biegunka, wiec znalazlam hotel. Pierwszyczyli jak marnowac czas i nie czerpac z tego przyjemnoscio kilku dniach prysznic, i to cieply.. dla takiego uczycia czasem warto zaplacic wiecej. W piatek rano mialam sie spotkac z kolega w sasiednim miescie, ale okazalo sie ze moze dopiero wieczorem co mi rozwalalo plany. Chcialam pojsc do muzeum taichi, ale byl remont, do swiatyni, kolejny remont.. Na mapie Chin zobaczylam ze niedaleko jest oznakowanie UNESCO – stara chinska tama. Jedziemy! I Zobaczylam tame i znow utknelam. Nie bylo juz busow w zadna strone. Spedzialam wieczor z infantylna chinska 17latka, traktujac to niemalze jako badanie etnograficzne. Dzis mialam mialam zobaczy tame, ale uciekaly mi kolejne pociuagi i busy. Caly dzien bylam w podrzy i dotaram na miejsce za pozno, bo juz jest ciemno. Po 6h czekania, o 2 w nocy wsiade w pociag powrotny do Changshi (10h). Dosc juz mam jezdzenia i czekania, wracam do „domu” uczyc sie i byc na Skypie w Wielkanoc. Moze jesze kiedys dopadne te tame.

Taro 芋头[芋頭]

(W odpowiedzi na posta KoZy)

Taro to taka roślina. Je się bulwy, które są fioletowe niczym gencjana i pyszne. Najłatwiej dostępne jest tu w postaci gorących, dosłownie rozpływających się w ustach kulek smażonych w cieście. Ciasto jest złociste, ze środka wylewa się słodka fioletowa masa, sprzedawane na patyku. Koszt szaszłyka: 1 zł. Jest tu też herbata mleczna o smaku taro. Niestety jeszcze nigdzie nie widziałam by sprzedawano samo gotowane czy smażone i dopiero dzięki Koreankom udało mi się spróbować go w takiej postaci. Marzy mi się teraz ich taro w cukrze, zwłaszcza że Chińczycy nie potrafią robić rzeczy słodkich i mam niedobory cukru. Och, gdyby teraz w moje ręce wpadł słoik dżemu Łowicz…

Opis na Wikipedii jest ujmujący (http://pl.wikipedia.org/wiki/Taro) zwłaszcza te rośliny obrazkowate mnie ujmują. Przytaczam cały:

Kolokazja jadalna (Colocasia esculenta) – gatunek rośliny z rodziny obrazkowatych (Araceae). Ma liczne synonimy: taro, kolokazja, kleśnica, kleśniec jadalny, kleśnica jadalna. Wywodzi się zapewne z Azji Południowo-Wschodniej, rozprzestrzeniona w Polinezji i na Wyspach Hawajskich, a w czasach współczesnych także w Afryce i Amerykach.

Zastosowanie:
Bagienna uprawna roślina z rodziny obrazkowatych. Uprawiana w strefie tropikalnej i subtropikalnej. Dostarcza w skali światowej ok. 9 mln t bulwiastych kłączy, które są surowcem spożywczym. Bulwy przed spożyciem należy długo gotować, aby wyeliminować związki szczawianu wapnia, które działają drażniąco na układ pokarmowy. Liście wykorzystywane bywają jako warzywo (kapusta karaibska).

Ręcznikowy Superman

Za parę lat Changsha będzie miała rzeszę małych wspinaczy. Ludzie ze ścianki z reklamami celują w dzieci. W weekend były wycieczki w wieku wczesnoszkiolnym. Przyjechałam w niedzielę rano, po czym z Yeke przybici siedzieliśmy pod ścianą przeczekując konkurs dla dzieciaków (bo jak byśmy na boku się wspinali, odciągalibyśmy uwagę od marketingowego eventu). Obserwowałam dzieciaki próbując rozkminić dlaczego niektórym powiewają za plecami wystające przez kołnierz ręczniki. Spytałam więc Yeke, który w końcu sam jest ojcem uroczej 7-miolatki. Odpowiedż: „Dzieci pod sweterkami nie noszą żadnej bielizny, ręcznik wchłania pot i po wysiłku fizycznym wystarczy uprać sam ręcznik, a nie cały sweter”. Jak zawsze praktyczni ci Chińczycy. Małe dzieci zamiast pampersów mają spodnie rozcięte w kroku, większe zamiast koszulek ręczniki, co mnie zaskoczy u nastolatków?
Dostałam od Yeke wisiorek w kształcie buta wspinaczkowego. Oczywiście chińską modłą, na czerwonym, ochronnym i przynoszącym szczęście sznureczku.

W poniedziałek robiłam z Koreankami koreańską wersję sushi. Dzieczyny widząc jak radośnie i sprawnie je roluję zakrzyknęły „jesteś Koreanką! Wracaj z nami do Korei”.
Koreanki są urocze, a taro zmażone w cukrze rządzi.

Nie jesteś Chinką?

Pop przyjeździe tutaj kilka razy, czasem po prostu na ulicy, słyszałam zdziwione „nie jesteś Chinką?!” (Właściwie „nie jesteś Chińczykiem?”, bo w chińskim rzeczowniki nie mają rodzajów). Trochę pytanie, trochę komentarz. Na południu Chin, gdzie niechińczyków jest niewiele, a Chińczyków masy, pytanie wynika z czystego zdziwienia, że widzi się takiego dziwoląga, który chyba musiał wyleźć z telewizora. Murzyni mają tutaj jeszcze zabawniej. Zwłaszcza że w części żółtych budzi się na ich widok rasizm.

Ostatnio moja niechińskość poddawana jest jednak w wątpliwość. Cóż.. w końcu nie wyróżniam się wzrostem ^^, ale nie tylko w tym leży przyczyna.

W Chinach normalne jest dzielenie taksówki czy prywatnego z nieznajomymi, którzy jadą w tę samą stronę. Taniej, a oni i tak przyzwyczajeni są do tłoku. Xiangtan jest małym miastem i taksówka tu kosztuje 90 gr/km, 3 zł. na starcie. Z dworca autobusowego na uniwerek jest jednak kawałek i trzeba zapłacić 10 zł. Albo wiedzieć gdzie stanąć by załapać się na dzieloną taksówkę za 2,50. Opcja bardzo wygodna bo autobusy na uniwerek są kilka minut (50gr), potem są o 20:00 i 21:00 (1 zł). Wracam w niedzielę taksówką z 3  Chinkami. W samochodzie jest ciemno. Nawijam, nawijam, w końcu pytam czy możemy zatrzymać się przy hali sportowej, bo ja muszę do Bramy Wschodniej (a wszyscy zwykle jeżdżą do Południowej).

Chinka:  Mieszkasz przy Bramie Wschodniej?

Ja: Wszyscy obcokrajowcy mieszkają przy Bramie Wschodniej.

Chinka: O! Jesteś obcokrajowcem! Nie zauważyłam że nie jesteś Chinką.

Teraz z kolei wysyłałam SMS-a do dziewczyny z turystyki, którą widziałam raz w życiu, więc zaczęłam „Tu Twoja zagraniczna koleżanka Ye Oulan (叶欧兰)…”, co po chińsku jest brzmi naturalnie. Potem był dłuugi SMS. W odpowiedzi dostałam „Nie znam Cię, czemu pytasz o moje zajęcia? A poza tym, nie wierzę że jesteś obokrajowcem”. Rzeczywiście – pomyliłam numery.

Jakiś postęp w chińskim widać jest.

Wracam zamumifikować się kołdrą, bo zimno.

Usłyszeć kochany głos w telefonie – bezcenne.

热闹[trad.熱鬧] rènao

热闹 to jedno z tych określeń, które trudno jest przetłumaczyć. 热 oznacza „gorąco”, 4 kropeczki na dole znaku są elementem piktograficznym przedstawiającym ogień, na którym coś się podgrzewa. 闹 to „hałasować, powowdować kłopoty. „Bardzo 热闹” określa się miejsce, gdzie jest dużo ludzi, gwar, coś się dzieje; najbliższe chyba będzie polskie sformułowanie „tętniący życiem”. Dla Chińczyków jest to bardzo pozytywne określenie.

Wczoraj jedna z wykładowczyń analizowała o jakiej porze należy nadawać reklamy, biorąc pod uwagę grupę docelową. „Dla emerytów może to być dowolna pora. Na przykład mój ojciec, gdy siedzi sam w domu, czuje się strasznie samotny. Nawet jak czyta czy pracuje gra włączony telewizor. Najlepiej opera pekińska, bo tam jest najwięcej hałasu. Gdy wracam do domu i pytam <czemu telewizor jest włączony skoro go nie oglądasz?>, smutno odpowiada <热闹>”. Ludziom którzy dorastali wśród kilkorga lub kilkanaściorga rodzeństwa, w domu zamieszkiwanym przez kilkupokoleniową rodzinę, w systemie, w którym wszystko robiło się grupowo, strasznie dziś musi doskwierać pustka.

W moim akademiku też jeszcze niedawno było pusto. W zeszłą niedzielę pojawiły się Koreanki i jest… 热闹! Integracja inna niż tylko wypady do burżujskiego klubu Soho, w których nigdy nie uczestniczyłam. Dziewczyny latają między pokojami, swoimi i nie tylko, chichrają i ze wszystkimi chcą się zaprzyjaźnić. Do tego w bloku pojawił się przesympatyczny Szwajcar uczący niemieckiego, który w grudniu skończył studia na wydziale… antropologii! W weekend Koreanki wprosiły się do niego (nauczyciele mają kuchnie) i będą gotować koreańskie potrawy. Oczywiście zamierzam gotować z nimi, w końcu przyjechałam tu się uczyć mlask mlask :)

jak dobrze gdy jest 热闹

 

开水kāishuǐ “otwarta woda”, czyli co powinniście wiedzieć o wrzątku w Chinach

Pisałam już zapewne o swoistym prawie do wrzątku w Chinach. Wrzątek jest powszechnie dostępny i jest dobry na wszystko. W pociągach, na dworcach, straganach w górach, w niejednym miejscu publicznym można bezpłatnie napełnić swój termos albo zalać wszechobecny kubełek zupki chińskiej. Gdy powiesz Chińczykowi że coś ci dolega, niezależnie od tego czy będzie to zeuropeizowany nastolatek, sąsiadka, doświadczony lekarz czy staruszka ze wsi, niezależnie od tego co właściwie ci będzie, w ich wypowiedzi gdzieś zawarte będzie złote lekarstwo: „多点儿喝水”, „Pij więcej wody”. Scena z serialu: zdenerwowana przez córkę kobieta wścieka się i krzyczy, mąż spokojnie podsuwa jej szklankę wrzątku, mówiąc „napij się wody”. W tonie jego głosu słychać, że woda na pewno pomoże. Skąd taka wiara w moc wody, w kraju cierpiącym na jej niedobory?
Nasuwa się odpowiedź: z biedy. Z czasów gdy naprawdę nie było co do tej wody wrzucić. Czy tak rzeczywiście jest? Nie wiem, w końcu medycyna chińska rozwinęła się tysiąclecia temu, znają się na ziołach i korzonkach, więc zawsze powinno się dać coś przynieść z lasu. Faktem jest za to że dziś bardzo wielu Chińczyków z upodobaniem popija sam wrzątek i nie ma to żadnego związku z ich sytuacją materialną. W okolicach, w których mieszka Yeke, rosną bambusy i herbata. W Yiyangu gdzie pracuje jest nawet herbaciany targ. Gdy próbowałam go podpytać o lokalną herbatę, bardzo mnie przeprosił, tłumacząc się że on kompletnie nie zna się na herbacie, bo nie pija. On i cała jego rodzina zwykle piją wrzątek. W drodze na dworzec zahaczyliśmy o jego pracę, gdzie zostałam obdarowana wielkim pudłem eleganckiej i zapewne drogiej herbaty. Dostał od szefa, smakosza, a sam przecież nie wypije bo nie lubi.
Istnieją więc Chińczycy, którzy nie piją herbaty.
Nadal jednak nie spotkałam takich, którzy nie jadali by ryżu (choć moja koleżanka Zhouxing zdecydowanie woli makaron).

W bambusowym lesie

竹子zhúzi – bambus
Gdy wróciłam na uniwerek świecił on pustkami. Studenci nadal mają wolne, stołówki i restauracyjki były pozamykane. Naszczęście my, obcokrajowcy mieszkamy obok wschodniej bramy i tu część gastronomii była czynna – w końcu lokalni mieszkańcy muszą jeść nawet jak studenci mają ferie. Było smutno i pusto, ale naszczęście już następnego dnia (wtorek) wydzwonił mnie kumpel z innej wiochy że jedzie służbowo do Changshi, więc może wybralibyśmy się na ściankę. Skończyło się to dwudniowym wypadem do Changshi i ilością śmiechu, jakiej nie doświadczyłam od dawna. W sobotę rano znów czułam się jakoś tak samotnie, więc znów wsiadłam w busa do Changshi i lekarstwo jak zawsze podziałało. Mały Feniks układał mi baldy i wyjazd był bardzo pouczający. W niedzielę przyjechał Yeke, w.w. kumpel i po szybkich baldach, bo już skóry na palcach nie czułam pojechaliśmy w jego rodzinne strony.
W błękitnej długiej kurtce, powłóczystej spódnicy w kwiaty i z błękitnym parasolem, przechodziłam się po zamglonym lesie bambusowym. Mokre bambusy są intensywnie zielone i lśnią jak glazura, są równocześnie bardzo giętkie i bardzo wytrzymałe. Ich pnie mogą mieć grubość ludzkiej szyi. Dziki bambus przez rok urośnie do wysokości kilkunastu metrów.
卖笑 màixiào – sprzedawać uśmiech
买笑 mǎixiào – kupować uśmiech


Na skraju owego bambusowego lasu, tu i ówdzie stały zniszczone już śliczne chińskie altanki. Idąc główną, asfaltową drogą, co jakiś czas mija się opustoszały budynek – dawniej elegancki hotel lub restaurację. W latach ’90, gdy Chińczycy nieco się wzbogacili, było to miejsce gdzie „sprzedawano uśmiechy” jak się to ładnie po chińsku nazywa, inaczej „dzielnica czerwonych latarni”. Później prostytucja została zakazana i miejsce podupadło.Weszliśmy do jednego z dawnych hoteli. Na dole miejscowi rolnicy urządzili  stajnie, z pomieszczeń niestety wynieśli wszystko co się dało (czyli wszystko, bo Chińczyk potrafi), za to z tarasu na górze nadal jest piękny widok na morze wygiętych przez wiatr, smukłych bambusów.

Ech ta skłonność do eksplorek. Yeke podciągał się na belce stropowej i czułam się jak w Warszawie.
Wieczorem poszliśmy jeszcze do kina na Mission Impossible 4. Larsona niestety tu nie grają – mam nadzieję że „jeszcze” nie. Cieszyłam się że film amerykański, więc nie będzie potrzeby czytania chińskich napisów, z czym bym nie nadążała – Chińczycy dają napisy do wszystkiego co leci w kinie czy telewizji, w końcu języków chińskich jest wiele, a sposób pisania jeden. Okazało się że przez dużą część filmu mówią po… rosyjsku:) Jednak rosyjskiego słuchało mi się nawet lepiej niż amerykańskiego. Był taki swojski. Film polecam, nawet momentami się śmiałam. Tom Cruise wyreżyserował film z sobą w roli głównej i wysłał się w miejsca które każdemu chłopcu lubiącemu filmy akcji działają na wyobraźnię. Najpierw włamywał się do Kremla, potem wspinał się po najwyższym budynku świata w Dubaju. To się nazywa klawe życie.
Potem unieruchomiło mnie zapalenie krtani (pewnie dlatego że ostatnio podczas porządków zastanawiałam się po co mi tyle fervexu), ale już prawie je doleczyłam.

Redbull doda Ci siły

Po powrocie do akademika gmail powitał mnie obwieszczeniem:
Warning: We believe your account was recently accessed from: China (124.135.24.0). Show details and preferences |Ignore
Nie do pomyślenia, prawda?
Moje wcześniejsze relacje z podróży mają małą dziurę między Jinanem a Kaifengiem. W ramach uzupełnienia parę słów o górze Taishan i o Qufu – rodzinnym miasteczku Konfucjusza. Taishan – góra jak to góra w Chinach. Kilka tysięcy stromych schodków w górę, tyle samo w dół. Co więcej – góra ta jest znana w Chinach jako ta najbardziej schodziasta. Oczywiście częściowo schodziłam boczną drogą, częściowo na dziko, no bo ile można. Szkoda kolan. Zejście zajęło mi więc więcej czasu niż wejście (!), ale za to w końcu zobaczyłam górę, a nie schody i stragany, było pięknie. Na straganach wzdłuż droki, którą pokonywałam w górę, prym, obok wszechobecnych kolb kukurydzy i zupek chińskich w kubełkach jak w KFC, lokalnych makaronów, placków i rzodkiewki, która ma zieloną skórkę a w środku jest ostro różowa, prym wiódł redbull. Redbull w złotych puszkach był wszędzie, czasami służył nawet za materiał budowlany. Ale nic w tym dziwnego – skądś trzeba wziąć energię na pokonanie tych wszystkich schodów. Oczywiście do pewnej wysokości góry można dojechać busem, a potem przesiąść się w kolejkę (Chińczycy potrafią puścić kolejkę nawet na malutki pagórek), ale góra jest święta i całkiem sporo osób wchodzi. Nie mówiąc już o tak dziwnych obcokrajowcach jak ja.
Do Qufu warto przyjechać na pół dnia, może dzień, ale na pewno nie dłużej. Jest tam ogromna świątynia na cześć Konfucjusza, ogromna posiadłość, w której mieszkał i lasek w którym wystawiono mu grób. Z tego co pamiętam w Chinach jest kilka grobów Konfucjusza, ale żaden prawdziwy. Do lasu nie pojechałam, pozostałe 2 budowle jakoś mnie nie ruszyły. Jedyne warte zapamiętania doświadczenie, to że w świątyni ratowałam Chinkę z atakieu padaczki. Aż jej piana leciała z ust i przez chwilę się bałam że może mieć wściekliznę. Na coś się przydają szkolenia medyczne i teraz chętnie przejrzałabym jakieś stare notatki.

Notatki z drogi

Chińczycy są twardzi. A w każdym razie temperaturo odporni. Na dworze zimno, a większość chodzi bez czapek – może ich czarne gęste włosy mają właściwości futra? Część za to, zwłaszcza przynależna do płci pięknej, chodzi w fikuśnych maskach na twarz. Mają kształt taki jak maseczki lekarzy, ale różnorodność wzorów jest nieograniczona. Wolicie pandę, gustowną kratkę, Hello Kitty a może trupią czaszkę? Panuje pełna dowolność wzorów. Co zadziwiające, temperaturoodporność działa zwłaszcza w tę drugą stronę – nie istnieje dla nich przegrzanie. W każdym razie nie takie od zbyt dużej ilości ubrań. Siedzę właśnie na największym dworcu kolejowym jaki widziałam w życiu, w mieście Zhengzhou, gdzie krzyżują się kolejowe szlaki. Dookoła tłumy i upał nieznośny. Stoję w T-shircie i czuję że na twarzy mam wypieki z przegrzania. Żaden z otaczających mnie Chińczyków nie zdjął swojej zimowej kurtki.
Wczoraj doszłam do wniosku że pora wracać na uniwerek. Nie jadę już odwiedzić kumpla z Hanzhong, mimo że gorąco zapraszał. Odpuszczam sobie wszystkie potencjalnie „po drodze” (to znaczy że z drogi nie trzeba zboczyć bardziej niż 10h pociągiem) święte góry. Poczekam aż się zazielenią. Jadę doleczyć żołądek, porozmawiać z Wami, pouczyć się, wyspać, wiedząc że nie będzie to marnowanie czasu, który powinnam spędzać np. zwiedzając. Trochę pewnie będzie samotnie, bo znajomi nie powracali jeszcze na uniwerek. Zniechęca mnie tylko pogoda – według prognoz w Hunanie oczywiście leje.
Plan był prosty: wstać rano, trochę pozwiedzać Kaifeng, m.in. zobaczyć ponad tysiącletnie mury miejskie, pojechać do Zhengzhou, kupić bilet na któryś z licznych nocnych pociągów do Changshy. zwiedzić podobno bardzo ciekawe muzeum. Plan popsuł się na etapie kupowania biletu – pociągów z 10, na żaden nie ma biletów. Witajcie Chiny! Skończyły się chińskie święta. A tak dobrze się wcześniej podróżowało.. W Kaifengu przez 2 noce spałam sama w 6-osobowym pokoju. Na dworcu stwierdziłam że źle się czuję, mam dość włóczęgi i kupiłam bilet stojący na pociąg jadący 20:14-7:00. W chińskich pociągać nie można tak wygodnie jak u ułożyć się na podłodze w przejściu: ciągle przejeżdza któryś z wąskich wózków z piciem, obiadem, owocami, czy innym handlem obwoźnym, przebija się kontroler sprawdzając czy jest Ordnung. Ale i tak polska praktyka robi swoje i przez dużą część drogi udało mi się położyć (!) rozciągając się między plecakiem, koszem na śmieci i zlewem. Koło 3 rano pokonałam metr który dzielił mnie do najbliższej toalety i po powrocie odkryłam że mój kosz jest już okupowany przez całkiem eleganckiego Chińczyka lat ok. 40. Nic to! Odkryłam zaletę dużej ilości bagażu – jeśli ułoży się wszystko na sobie można miękko się opierać, „leżeć w pionie”. Chińskie pociągi, poza częścią z kuszetkami, wyglądają tak jak u nas podmiejskie, tzn. nie ma osobnych przedziałów. O 4 rano jest to bardzo przyjemny widok – niewinnie śpiący tłum. W końcu spokojnie poczytałam książkę. W pociągu miałam opory przed wyjmowaniem komputera – mimo sprytnego spania na bagażach wolałam nie musieć martwić się że obudzę się bez netbooka. Teraz siedzę w busie do Xiangtanu. Na zewnątrz leje. Wewnątrz miejscami też, ale zmieniłam już fotel i nie pada mi na komputer.

←Older